Rozdział I
DOM


Slońce świeciło wyjątkowo pięknie tego majowego poranka. Bylo bardzo wcześnie, ale dla Bernadett była to normalna pora wstawania, przecież juz czekali na nią jej ulubieńcy! Ranczo (bo tak nazywała swoje male gospodarstwo) to było cale jej życie odkąd brakło Toma. Jej dom zawsze byl pełen ludzi i zwierząt, ale ta jedna osoba wypełniała do końca każy dzień Bernadett.....
Promienie słoneczne tańczyły przez chwilę na twarzy Bernadett, gdy otworzyla i przetarla oczy. Spojrzała na zegar i powiedziala: - Witaj Bernadett, kolejny dzień przed Tobą. Ciekawe ile razy będę jeszcze oglądać tak piękne poranki. Pora do pracy.
Zalożyła ulubione, wytarte do cna jeansy, bawełniany podkoszulek i flanelową koszulę, bo o 6.00 rano bylo jeszcze chłodno a poranna rosa napełniala powietrze wilgocią. Mimo swoich
60 - ciu lat Bernadett było wyjatkowo atrakcyjna, głównie dzięki swojej filigranowej posturze i delikatnym rysom twarzy. Wydawało sie,że zmarszczki, ktore już dawno pojawily się na jej twarzy tylko dodawały jej uroku. Swoja szczupłą sylwetkę "zawdzięczała" ciągłej pracy. Była zawsze w ruchu i zawsze tez dbała aby nie przytyc a to tylko dlatego, że od wielu lat chorowała na reumatoidalne zapalenie stawów i ciągle słyszała od chirurgów :
- Bernadett, Twoje nogi uniosą nie więcej niz 60 kilogramów - pamiętaj o tym! Dlatego stale ćwiczyła i pilnowała wagi. Za wszelką cene starała się nie poddać chorobie i nie pop[aść w kalectwo. Gdy byl przy niej Tom częściej pozwalała sobie na chwilę lenistwa, jednakże gdy Go brakło zaczęła ze szczegolnym uporem i determinacją dbać o swój nadwyrężony organizm. Wiedziała, że do końca swoich dni musi być sprawna dla tych, którzy ja otaczali - obiecała Tomowi.....

Z ogrodu dobiegło ją ciche skomlenie a po chwili wesole poszczekiwanie Susy - olbrzymiej suki rasy Fila Brasileiro, ulubienicy Toma. To wesole poszczekiwanie brzało jak salwy armatnie ale Tom zawsze powtarzał, że Susy wita wszystko co sie rusza swoim slodkim głosikiem. To byl znak dla Bernadett, że ewidentnie rozpoczął się nowy dzień. Uśmiechnęła się do siebie i poszla do kuchni zamykając po drodze wszystkie pokoje. Inaczej zaraz po otwrciu tylnych drzwi kuchni, ktore wychodzily na ogród do domu wpadało pięć olbrzmich psów a za nimi, z udawaną gracją maszerowały cztery koty. Gdy czasem w pośpiechu nie zamknęła drzwi sypialni momentalnie cały ten tabun galopował po pokojach co kończyło się "tajfunem" i popłudniem spędzonym na porządkowaniu domu. Zdecydowanie wolała uniknąć tych wątpliwych przyjemności.
Jak zawsze rano, wlączyla radio - było jej raźniej gdy słyszała od rana ludzkie glosy, a przede wszystkim muzykę. Kochała muzykę. Pospiesznie nalała sobie kubek wczorajszej kawy i nastawila express na świeżą kawę. Lubila gdy z kuchni dochodzil wspaniały zapach parzonej kawy. Na piecu nastawiła ogromny garnek pełny mięsa i warzyw a na drugim palniku wcale nie mniejszy z wodą na kaszę. Otwarła kuchenne drzwi do ogrodu i .... zaczęło się! Pierwsza wpadła Susy- ona też lubila zapach parzonej kawy. Tom zazwyczaj "częstował" Susy swoją kawą za co go poprostu uwielbiała! Bernadett nigdy nie mogła pojąć tego zjawiska - pies chłepczący kawę? Zaraz za Susy wpadł Borys - również Fila Brasileiro, pies, partner Susy. Potem reszta towarzystwa, czyli Sara, suka bernardyna, za nią Colin, suka owczarka collie i mała Zuza, spanielka. Oczywiście zawitały i koty- cała czwórka z Kacprem, 10-cio kilogramowym kocurem norweskim. Był przepiękny jak wprowadzal "swoje panie" do kuchni.Kocice rownież byly piękne. Bernadett w międzyczasie ustawiła miski z karmą dla wszystkich, która zawsze przygotowywała poprzedniego dnia. Zaczęło się wielkie, poranne jedzenie. Bernadett wyszła do ogrodu i skierowała sie do stajni, gdzie czekały juz na nią Fortuna i Grosz, piękne konie. Na widok Bernadett rżały cicho na zmiane witając się ze swoja opiekunką. Co rano karmienie i czyszczenie obu koni sprawialo Bernadett wyjątkowa przyjemność. W tak piekne dni jak ten zawsze wypuszczała konie na wybieg za ogrodem. Gdy brakło Toma zastanawiała się nad sprzedażą koni, a przynajmniej Fortuny, ponieważ brakowało czasu na regularne przejażdżki, ale dzieci uprosily Bernadett, żeby oba konie zostały i dwa, trzy razy w tygodniu wnuki zajmowaly się końmi. W głębi duszy Bernadett cieszyła się, że mogła pozostawic konie. Kochała je, łączyło ją z nimi tyle wspomnień....Po nakarmieniu i codziennej toalecie wyprowadzila konie na wybieg starannie zamykając bramkę. Teraz mogła spokojnie wrocić na śniadanie i oddac się swojemu ulubionemu zajęciu - czytaniu książki. Czytanie książek to pasja Bernadett, ktora nie rownała się z żadnym innym zajęciem. Nawet Tom często jej zarzucał, że wolała książki od rozmów z nim i zawsze żartował gdy odbierał kolejne paczki z nowymi książkami. Twierdził, że jak tak dalej pójdzie to niedługo nie otworzą drzwi wyjściowych, a nadmetraż napewno im nie grozi. Bernadett to jednak nie zrażało, ponieważ mimo tych uwag wiedziała, że swoja miłością do książek zaraziła i jego. Często siadywali w wygodnych fotelach na werandzie lub w saloniku przed kominkiem i czytali w ciszy wieczorów. Tak bardzo jej tego brakowało, że teraz często czytała książki siedząc w kuchni i spogladając raz po raz na buszujące po ogrodzie psy. Nie czuła się taka samotna.
W kuchni przygotowała sobie kilka tostów i nalala świżej kawy do ulubionego kubka. Z ksiażką pod pachą i śniadaniem wyszła do ogrodu. Siadajac przy stoliku pod drzewami usłyszała warkot silnika a po chwili śmiechy i tupot dziecięcych stóp. Do ogrodu wpadli Marta, Joan i Filip, po chwili przyszła Anna, przybrana córka Bernadett. Przez chwilę w ogrodzie panował hałas jak na meczu futbolowym - dzieci goniły psy, psy szalały z radości tak, że Bernadett nie słyszała słów Anny, więc odczekały chwilę usmiechajac się do siebie.
- Witaj mamo! Cieszę się, że Cię widzę. Dobrze się dzis czujesz?
- Dziękuję, dobrze. Miałam dzis do Ciebie dzwonić, żebyś przyjechała z dzieciakami na obiad. Czy jedliscie śniadanie?
- Tak, dziękuję. Wiesz, to niesamowite ile hałasu potrafią narobić dzieci w połączeniu z banda psów! Jak wy z tatą znosiliście to przez tyle lat?!
- Dziecko moje, to miłość daje cierpliwość i radość nawet z takiego rozgardiaszu. Dobrze, że jesteście. W najbliższy weekend przyjadą też Bart i Jeny. Chcę z Wami spędzić kilka dni.
- Mamo, czy cos sie stało? Niepokoisz mnie. Źle się czujesz?
- Anno, czy matka nie może chcieć zobaczyc swoje dzieci częściej niz dwa razy do roku? Poza tym Jeny ma trochę wolnego na uniwersytecie, ma przygotowywac się do egzaminów i rozpocząć pisanie pracy magisterskiej, a Bart i Julia mają urlop. Nigdzie nie wyjeżdżają, więc z chęcią chcą spędzić trochę czasu w domu. Miło będzie znów mieć Was wszystkich razem. A! Mam dla Ciebie nowinkę! Julia jest w ciąży! Przybędzie nam nowa, śliczna buzia.
- To świetnie. Jak czuje się Julia?
- Jak na trzeci miesiąc mówi, że bardzo dobrze. Nadal pracuje, chociaż Bart namawia ja do pozostania w domu.
Nagle hałas w ogrodzie znów osiagnął szczyt. Obie kobiety ze zgrozą spojrzały wgłąb ogrodu i równocześnie parsknęły śmiechem. Na trawniku kotłował się stos dzieci i psów a naokoło biegała Zuza warcząc i poszczekując. Chociaż zabawnie to wyglądało, Bernadett postanowoła zareagować. Sięgnęła po gwizdek z kieszeni koszli i dał się słyszec trzykrotny, ostry dźwięk. Reakcja była natychmiastowa - dzieci i psy stanęły prawie na baczność co wyglądało jeszcze bardziej komicznie. Cała gromada wyglądała jak z rodziny Potwornickich.
- Dzieciaki, szybciutko myć ręce, przygotujemy coś do jedzenia i wybierzemy się nad jezioro. CoTy na to Anno?
- Z przyjemnością powygrzewam się na słońcu, a dzieciaki przynajmniej się wymęczą i zaznam odrobinę ciszy w domu. Wizyty u Ciebie, mam to zbawienie, ponieważ moja gromadka ma tutaj tyle zajęć, że w domu nie mają już ochoty na nic. Chodźmy, pomogę Ci przygotować prowiant, bo bez tego się nie obejdzie!
W kuchni Bernadett przygtowała szybko jedzenie, zestawiła na bok ogromne gary, Anna w międzyczasie przygotowała niezbędne rzeczy i wyruszyli nad jezioro. Droga biegla wzdłuż lasu, którego część należała do farmy. Po półgodzinnym spacerze dotarli na miejsce. Widok był cudowny! Błękit spokojnej wody jeziora odbijał promienie majowego słońca, które skrzyły milionami iskier.Bernadett zamyśliła się chwilę. Jakże byli tutaj szczęśliwi....Pamiętała chwilę, gdy kupili dom i farmę i pierwszy raz poszli obejrzeć swoje dobra. Bernadett była zafascynowala pięknem, a przede wszystkim ciszą tego miejsca. Długo stali z Tomem zapatrzeni w błękit wody. To tutaj ich miłość nabrała najpiękniejszych barw. Tutaj byli jednością.
Z zadumy wyrwał ją śmiech i piski pluskających się dzieci. Anna rozłożyła koce i z ulgą ułożyła się wygodnie do słońca. Bernadett usiadła obok niej.
- Mamo, o czym myślisz?
- To nic takiego.
- Tęsknisz za tatą, prawda?
- Tak oje dziecko. Ilekroć tutaj przychodzę, wspomnienia otaczają mnie ze wszystkich stron. Tesknię, ale nie jest mi smutno. Mam przecież Was. Spójrz na tą gromadę. Woda podniosła się chyba o dobre kilka centymetrów jak ta zgraja wpadła do wody. Wy też tak szaleliście. Pikniki nad jeziorem to bylo Wasze ulubione zajęcie.
- Tak, pamiętam. Mamo, dziękuję, że to akurat nas pokochaliście. Nieraz zastanawiałam sie jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie trafiła do tego domu. Powiedz, jak to bylo?
- Cóż, mam odświeżyć wspomnienia? Wiesz, że ze względu na moją chorobę, a przede wszystkim na leki jakie musiałam stale zażywać nie mogło być mowy o ciąży. Zaraz na początku nasze małżeństwa byłam w ciąży... niestety, ciąża obumarła, nie było żadnego ratunku dla dziecka a i mnie operowano w ostatniej chwili...
- Mamo?
- Już dobrze, kochanie. Minęło tyle lat, a ja często zastanawiam się kim byłoby moje najstarsze dziecko. Potem długo nie bylo mowy o dzieciach - praca, spłacanie długów, moje ciągłe leczenie, ale mnie wciąż prześladowała myśl, że jeżeli nie mogę dać życia dziecku to jednak możemy ofiarować swoją miłość i wszystko co mamy dzieciom, które pozbawione zostały wszystkiego. Myślałam o założeniu rodzinnego domu dziecka, ale to było zbyt skomplikowane ze względu na przepisy, wciąż piętrzyły się jakieś przeszkody, a my z Tomem nie chcieliśmy tracić czasu. Nadarzyła sie okazja kupienia domu - spełniało się kolejne moje marzenie. Zawsze chcieliśmy mieszkać w domku. Wiesz, jak tata kochał swój ogród, jezioro i psy. Konie zawsze go przerażały, ale wiem, że lubił nasze przejażdżki, szczegółnie o wschodzie słońca....
- Mamo? To pewnie trudne dla Ciebie, bo wszystko wiąże się z tatą. Nie chcę, żebyś cierpiała.
- Nie Anno, to juz nie boli. Tak bardzo Was kocham i dziękuje Bogu, że pozwolił jeszcze Tomowi pomóc mi zrealizować nasze marzenia, że pomógł mi opiekowac się Wami. Potrzebowaliście nas tak bardzo! Pamiętam Wasze zalęknione twarzyczki, te wielkie przerażone oczy, jakże bardzo pragnęłam Wam powiedzieć jak Was kocham, jak cieszę się, że jesteście, a mogłam tylko codziennym krzątaniem okazać Wam, pokazać, że to wasz dom, wasze miejsce. Po kupieniu domu i przystosowaniu go do mieszkania od razu poruszyliśmy wszystkie znajomości, żeby rozpocząć staranie się o adopcję. Bardzo dużo nerwów nas to kosztowało, ale opłaciło się. Po niedługim czasie byliśmy już rodziną i ani przez chwilę tego nie żałowaliśmy!
- Mamo, wiele razy myśleliśmy jak możemy odwdzięczyc się za to, że zaadoptowaliście całą naszą trójkę nie wybierając, które najładniejsze czy najmądrzejsze. To była dla nas niezmierzona radość, że mogliśmy być wszyscy troje razem. Odkąd trafiliśmy do domu dziecka, wciąż bałam się że nas rozdzielą jak inne rodzeństwa. To był koszmar!
- Wyobrażałam sobie zawsze jak bolesna musi być dla dzieci utrata rodziców, szczególnie, gdy nie wiedzą i nie rozumieją dlaczego zostały odrzucone. Z kolei nowy dom, obcy ludzie są kolejnym przeżyciem, dlatego zawsze z Tomem chcieliśmy adoptować rodzeństwo. Wydawało nam się, że łatwiej zaakceptują nowy dom i nowych opiekunów będąc razem. Strach i smutek chyba wtedy są mniejsze.
- Tak mamo. To najlepsze, co dla nas mogliście zrobić! Nawet, gdyby nie bylo tego wspaniałego domu, ogrodu i zwierząt, to prawdziwy dom wy tworzyliście, a potem i my. Tak się cieszę, że spotkamy się z Bartem i Jeny. Wiesz, to był naprawdę dobry pomysł.
- No widzisz? Anno, która godzina? Przydałoby się wracać, muszę nakarmić zwierzęta a i dzieciakom wystarczy już tego taplania się, woda nie jest jeszcze zbyt ciepła. Wieczorem muszę zająć się przygotowaniem jedzenia dla moich gości.Tak rzadko jesteśmy wszyscy razem, że trzeba to uczcić.
- Pomogę ci we wszystkim. Zrobię sobie wolne, mam zaległy urlop, więc zostaniemy z dziećmi i zaczekamy na resztę rodzinki.
- Świetny pomysł. Tak po cichu miałam nadzieję, że zostaniecie. Psom przyda się więcej ruchu, a dzieci im to zapewnią z nawiązką.

Wracając do domu, Bernadett zamyśliła się nie slysząc śmiechów dzieci i poszczkiwania psów. Patrzyła z daleka na dom, ich dom - białe ściany ukryte w zieleni drzew odbijaly promieie slońca, w zagodzie spokojnie pasły się konie... jakże kochała to miejsce! Brakowało tylko jego uśmiechu, ciepła rąk, głosu... Zawsze był jej ukochanym...

- Mamo, czy psy maja dostać teraz jedzenie? Mamo?
- Przepraszam Anno, zamyśliłam się. Nie kochanie, dostaną dopiero wieczorem. Teraz my coś zjemy, bo dzieci po tym szaleństwie chyba zaraz nas zjedzą!